Bytowska Gonitwa
Pora wrócić do mojej drugiej pasji, jaką jest pisanie mojego bloga. Wiele się wydarzyło od ostatniej wizyty tutaj. Brałem udział w wielu rajdach, moje spojrzenie na świat imprez amatorskich również przybrał inny bardziej realny punkt widzenia, choć tutaj, wszystko będzie jak zawsze opisywane z emocjami, gdzie czuje się jakby KJS zamieniły się w WRC. Zapraszam.
W ubiegły weekend (19-20.11) spełniło się wiele moich marzeń(celów). Odebrałem to jako nagrodę za ten sezon, który jest naprawdę bardzo bogaty w zwycięstwa oraz nowe doświadczenia. To w nim zapoczątkowałem swoją przygodę rajdową z Rafałem, ucząc się opisu migowego. To w nim również rozstałem się z Hondą Civic Dariusza Szejerki, którą sobie naprawdę bardzo ceniłem (Honda odjechała do nowego właściciela). Pod koniec sezonu, na rajdzie 1001 Jezior, gdzie startowałem z Rafałem Dworakiem (3 miejsce w klasie 3). Tam miałem okazję poznać Tomka Jurkuna. Tomek szukał pilota, który ma pewne doświadczenie w imprezach tego typu i mógł się sprawdzić u jego boku w roli pilota. Biuro jakim dysponował, było czymś o czym marzy wielu pilotów - Subaru Impreza z 97 roku. Bardzo rzadka, ponieważ jest to wersja 2-drzwiowa. W głowie już planowałem wspólny start..
Na początku swojej przygody z rajdami nie śniło mi się, abym mógł sprawdzić się w roli pilota w aucie z napędem na cztery koła. Wtedy moje cele miały inny charakter. Chciałem przyjść do domu z moim pierwszym zdobytym pucharem (2 miejsce w Memoriale Krzysztofa Prusakowskiego, jechałem z Tomkiem Błaszkowskim Peugeotem 106). Również zależało mi na zdobyciu jak największej wiedzy oraz praktycznego doświadczenia, które przyda mi się w spełnianiu swojej pasji. Moje podejście do wielu sytuacji w rajdach się znacznie zmieniło, głównie opanowanie i zachowanie zimnej krwi np. Podczas wycieczki po za trasę. Co prawda dzwona podczas mojej przygody z rajdami jeszcze nie miałem, aby rzeczywiście uświadomić sobie jak bym się zachował... (Tffu). Na rajdzie jest wiele sytuacji gdzie jest to "prawie", ale należy puścić to w niepamięć, a następnie skupić się na dalszej części jazdy. Nie można się rozpraszać tym co było, kierowca zawsze musi być skupiony, od innych spraw ma pilota. W Bytowskiej Gonitwie słowo "prawie" miało naprawdę wiele znaczeń..
Gdy zgłosiliśmy się na rajd, kilka dni przed nie mogłem wysiedzieć w miejscu, nakręcałem się jak zegarek, który odliczał czas do startu pierwszego odcinka. Auto, z którym nigdy nie miałem styczności; odcinki widziane na filmikach z ubiegłego roku - imponujące; kierowca doświadczony, który daje z siebie sto procent. Wszystko wydawało się być idealnie, choć gdy wzrok padał na mocno obsadzoną listę zgłoszeń, myśl o dobrym wyniku stawała się być coraz mniej realna.
Prolog dobitnie rozwiał nasze nadzieję, nie pompowało turbo, przez co odcinek ukończyliśmy w środku stawki. Do hotelu wróciliśmy zdenerwowani oraz bardzo niepewni, czy turbo da oznakę życia na jutrzejszych 9-ciu odcinkach. 6 sekund strat z prologu musieliśmy odrobić następnego dnia. Jest to bardzo dużo jak na tak krótkie odcinki (2,5 km), o dziwo stratę odrobiliśmy na pierwszym odcinku. Moje czytanie nie było na najwyższym poziomie, nie mogłem się wpasować w tempo dyktowania na pierwszej pętli. Sądzę, że za bardzo wyolbrzymiłem sobie tempo w jakim podróżuje się klasą 5-tą po odcinkach. Z odcinka na odcinek zszedłem na ziemię, i bezstresowo mogłem wykonywać swoją rolę. Opis, jaki przygotowaliśmy, zawierał wiele nowych znaków, które bardzo fajnie się dyktowało, ponieważ były na tyle charakterystyczne, że łatwo można było je zrozumieć. Ten rajd to taki test, czego nauczyłem się w tym sezonie. Chyba przeszedłem go pomyślnie, ponieważ mojemu kierowcy tak bardzo zależało na dobrym opisie, że edytowaliśmy go kilkukrotnie. Z przejazdu na przejazd ciągle coś w nim zmienialiśmy. Opłaciło się, ponieważ dobry i pewny opis zaprowadził nas naprawdę wysoko...
Niebieska Proca, tak bym nazwał Subaru, które prowadził Tomek. Na odcinkach było wiele zdradliwych zakrętów, wiele niebezpiecznych cięć oraz szczytów, za którymi nie było nic widać. Podróżując odczułem jak kierowca świetnie radzi sobie z autem, jego każdy wykonany manewr był opanowany, choć sam przyznał że w niektórych momentach było naprawdę grubo, nie odczuwałem tego z dwóch powodów. Nie pokazywał tego oraz nic nie widziałem, gdyż rzadko zdarzało mi się, że wyciągałem głowę nad zeszyt. Maksymalne prędkości badane za pomocą GPS'u w telefonie wynosiły w granicach 130-150km/h, a więc było naprawdę szybko.
Nasza jazda z odcinka na odcinek przynosiła coraz lepsze rezultaty, stratę z prologu odrobiliśmy już na pierwszym odcinku. Na drugim również byliśmy najszybsi, zaś na trzecim... Nie uwierzycie kto dał o sobie znać! Tak właśnie, turbo postanowiło pokrzyżować nasze plany i przestać pompować na 3-ciej próbie pierwszej pętli. Robiliśmy wszystko co się w naszej i subaru mocy dało , aby nie stracić zbyt wiele, udało się zrobić prawie taki sam czas jak załoga, która dotarła najszybciej. Na drugiej pętli udało się również wygrać wszystkie odcinki, delikatna obsuwa spowodowana wypadnięciem z drogi załogi numer 12 na drugim odcinku pozwoliła nam nieco schłodzić samochód. Patrząc ponownie na wynik GPS prędkości maksymalnej i porównując go z pierwszą pętlą, jechaliśmy o 20km/h szybciej na jednej z partii niż uczyniliśmy to bez turbo sprężarki. Trzecia pętla była również bardzo szybka, lecz na ostatnim odcinku turbosprężarka również nie pompowała. Ja z odcinek na odcinek coraz bardziej zadomowiłem się w Imprezie. Siedzi się tam bardzo wygodnie. Odczucie przyspieszenia jest niesamowite. Delikatną wadą jest to, iż w porównaniu do nowszych modeli subaru imprezy jest tam znacznie mniej miejsca, a co się z tym wiążę, nie ma miejsca, aby po ukończeniu odcinka i podróży na drugi, chować kaski do tyłu na np. przeznaczoną do tego siatkę. W modelach 4-ro drzwiowych mogliśmy schować je do tyłu przez drzwi, u nas nie ma takiej możliwości. Oczywiście ten fakt absolutnie w niczym nie przeszkadza, subaru z zewnątrz prezentuje się następująco.
Prolog dobitnie rozwiał nasze nadzieję, nie pompowało turbo, przez co odcinek ukończyliśmy w środku stawki. Do hotelu wróciliśmy zdenerwowani oraz bardzo niepewni, czy turbo da oznakę życia na jutrzejszych 9-ciu odcinkach. 6 sekund strat z prologu musieliśmy odrobić następnego dnia. Jest to bardzo dużo jak na tak krótkie odcinki (2,5 km), o dziwo stratę odrobiliśmy na pierwszym odcinku. Moje czytanie nie było na najwyższym poziomie, nie mogłem się wpasować w tempo dyktowania na pierwszej pętli. Sądzę, że za bardzo wyolbrzymiłem sobie tempo w jakim podróżuje się klasą 5-tą po odcinkach. Z odcinka na odcinek zszedłem na ziemię, i bezstresowo mogłem wykonywać swoją rolę. Opis, jaki przygotowaliśmy, zawierał wiele nowych znaków, które bardzo fajnie się dyktowało, ponieważ były na tyle charakterystyczne, że łatwo można było je zrozumieć. Ten rajd to taki test, czego nauczyłem się w tym sezonie. Chyba przeszedłem go pomyślnie, ponieważ mojemu kierowcy tak bardzo zależało na dobrym opisie, że edytowaliśmy go kilkukrotnie. Z przejazdu na przejazd ciągle coś w nim zmienialiśmy. Opłaciło się, ponieważ dobry i pewny opis zaprowadził nas naprawdę wysoko...
Niebieska Proca, tak bym nazwał Subaru, które prowadził Tomek. Na odcinkach było wiele zdradliwych zakrętów, wiele niebezpiecznych cięć oraz szczytów, za którymi nie było nic widać. Podróżując odczułem jak kierowca świetnie radzi sobie z autem, jego każdy wykonany manewr był opanowany, choć sam przyznał że w niektórych momentach było naprawdę grubo, nie odczuwałem tego z dwóch powodów. Nie pokazywał tego oraz nic nie widziałem, gdyż rzadko zdarzało mi się, że wyciągałem głowę nad zeszyt. Maksymalne prędkości badane za pomocą GPS'u w telefonie wynosiły w granicach 130-150km/h, a więc było naprawdę szybko.
Nasza jazda z odcinka na odcinek przynosiła coraz lepsze rezultaty, stratę z prologu odrobiliśmy już na pierwszym odcinku. Na drugim również byliśmy najszybsi, zaś na trzecim... Nie uwierzycie kto dał o sobie znać! Tak właśnie, turbo postanowiło pokrzyżować nasze plany i przestać pompować na 3-ciej próbie pierwszej pętli. Robiliśmy wszystko co się w naszej i subaru mocy dało , aby nie stracić zbyt wiele, udało się zrobić prawie taki sam czas jak załoga, która dotarła najszybciej. Na drugiej pętli udało się również wygrać wszystkie odcinki, delikatna obsuwa spowodowana wypadnięciem z drogi załogi numer 12 na drugim odcinku pozwoliła nam nieco schłodzić samochód. Patrząc ponownie na wynik GPS prędkości maksymalnej i porównując go z pierwszą pętlą, jechaliśmy o 20km/h szybciej na jednej z partii niż uczyniliśmy to bez turbo sprężarki. Trzecia pętla była również bardzo szybka, lecz na ostatnim odcinku turbosprężarka również nie pompowała. Ja z odcinek na odcinek coraz bardziej zadomowiłem się w Imprezie. Siedzi się tam bardzo wygodnie. Odczucie przyspieszenia jest niesamowite. Delikatną wadą jest to, iż w porównaniu do nowszych modeli subaru imprezy jest tam znacznie mniej miejsca, a co się z tym wiążę, nie ma miejsca, aby po ukończeniu odcinka i podróży na drugi, chować kaski do tyłu na np. przeznaczoną do tego siatkę. W modelach 4-ro drzwiowych mogliśmy schować je do tyłu przez drzwi, u nas nie ma takiej możliwości. Oczywiście ten fakt absolutnie w niczym nie przeszkadza, subaru z zewnątrz prezentuje się następująco.






























